Był tam. Wychodził z lobby. Dobrze wiedziałam, że to on. Tę burzę loków rozpoznałabym wszędzie. Po prostu wyszedł. Czyli mnie nie zauważył. A może nie chciał zauważyć? Może mnie widział, ale udał, że wcale tak nie było? Nie miał odwagi podejść? To nie w jego stylu... Na pewno by nie przeszedł obok mnie obojętnie. To Harry. Ten sam Harry, z którym jeszcze niedawno stawiałam babki z piasku. Ten sam, od którego przepisywałam każdą pracę domową z fizyki. To był mój Harry. Tylko i wyłącznie mój. I nie mówię tego dlatego, że jestem egoistką. Co to to nie. Mówią to dlatego, że nikt nie znał go lepiej niż ja. I zapewne nie pozna. Jednak te lata razem robią swoje. Dorastasz z kimś, poznajesz go, a on ciebie. Wiecie o sobie więcej niż ktokolwiek inny. Jesteście dosłownie częścią siebie. Nie istniejesz bez tej osoby, bo kiedy ona odchodzi, zabiera ze sobą cząstkę ciebie, bez której nie możesz normalnie funkcjonować, póki wtórnie się tego nie nauczysz. Tak samo było ze mną. I z rozstaniem z Harrym. Nigdy w życiu nie przeżyłam tak żadnego rozstania jak z nim. Był moim najlepszym przyjacielem. Jedyną osobą, której bezgranicznie zaufałam, co jest zaskakujące (poza przypadkiem z Amy, bo to jest zupełnie inna bajka). Utrata kontaktu z nim strasznie zabolała i zostawiła po sobie konsekwencje widoczne do dzisiaj. Nie ma dnia kiedy o nim nie myślę. Tak, żyję przeszłością, co w tym złego? Codziennie wspominam czasy, kiedy beztrosko wychodziliśmy sobie na dwór. Kiedy przychodził po mnie codziennie i razem chodziliśmy do naszego domku na drzewie. Spędzaliśmy tam całe dnie. Jednego dnia po prostu tam siedzieliśmy, innego wymyślaliśmy sobie jakieś zajęcia, takie jak czytanie jakiejś książki czy granie w ukochane gry. To było piękne. Moje dzieciństwo było piękne. I nie mam zamiaru go zapominać.
- Panno Sharewood, coś nie tak? - usłyszałam nagle zniecierpliwiony głos portiera. Przeniosłam wzrok na ciemnowłosego mężczyznę, w dość młodym wieku.
- Nie, nie, wszystko w porządku... - kiwnęłam głową.
- W takim razie proszę to podpisać. - rzucił jakby od niechcenia podając mi jakąś kartkę, którą szybko podpisałam, następnie zabrałam swoje listy i wróciłam do mieszkania. Otworzyłam po drodze jedną kopertę.
"(...) Mamy nadzieję, że mieszkanie u nas będzie Panią jak najbardziej satysfakcjonowało. Liczymy, że będzie komfortowo i żadne problemy techniczne nie będą miały miejsca. Życzymy miłego mieszkania w naszym lokum. Administracja budynku."
Czytając ostatnie zdania odetchnęłam z ulgą. W końcu koniec. Przez całką kartkę pisali o tym, jaki to ich budynek jest zadbany i jacy to są mili mieszkańcy, bla bla bla. Jak każda administracja. Nic nowego. W kolejnej kopercie był wykaz opłat na kolejne miesiące. Chodzi tu oczywiście o czynsz i coś tam jeszcze, o czym nie mam zielonego pojęcia. Jeszcze. Póki co, rodzice opłacają mieszkanko, niestety niedługo będę musiała sama zacząć to robić. Przecież nie będę wiecznie siedzieć im na głowie. Chyba muszę znaleźć sobie pracę. Tak, to zdecydowanie najlepsze rozwiązanie.
Drzemki poobiednie to to co zdecydowanie lubię najbardziej. Po powrocie z Nando's (ach ten zdrowy tryb życia!), poczułam się zmęczona. Sama nie wiem czym, może jedzeniem? Jakie to zabawne. Wszedłszy do domu, zdjęłam jedynie buty i od razu pognałam do pokoju, gdzie bez namysłu rzuciłam się na łóżko przykrywając cieplutkim kocykiem. Idelne popołudnie. Idealne wakacje. Wszystko idealne. Takie leniwe. Haha. Dopiero trzeci dzień wakacji, a ja czuję jakby minęła już połowa.
Parę minut później.
No tak. Najlepiej postępować jak moja super przyjaciółka Lilly i po prostu pójść spać. To bardzo w jej stylu. Nic tylko by spała. To chyba jej powołanie. Gdyby robili jakieś konkursy dla śpiochów, ona zdecydowanie zajęłaby pierwsze miejsce. Nie ma lepszych niż ona jeżeli chodzi o drzemki. Naprawdę. Co do niej przychodzę to śpi. Nie to wytrzymania. Jeszcze jak się ją budzi to tak zabawnie się denerwuje i marszczy nosek. Cała Rose. Za to ją kocham. Zupełne przeciwieństwo mnie.
Malowałam właśnie jeden z moich mało istotnych i mało sensownych "obrazów". Wpadłam na pewien pomysł i po prostu poczułam potrzebę zinterpretowania tego. Zebrałam wszystkie farby, ustawiłam sztalugę i po prostu zaczęłam tworzyć. To nic, że całe moje spodnie, które niegdyś czarne, właśnie mieniły się wszystkimi kolorami tęczy. Mało mnie to obchodziło, tak samo jak grzywka upaprana farbą koloru czerwonego i zielonego. Ważne było to, że mogłam się wyżyć. Artystycznie, fizycznie, psychicznie. Na każdy możliwy sposób.
Na płótnie zaczął pojawiać się już zarys mojej pracy. Pole, na którym przeważała żółć. Żółć słoneczników, które tak strasznie uwielbiałam. Niebieskie, bezchmurne niebo i kontrastujące z tym wszystkim dwie malutkie postaci biegnące przed siebie. Tak wolne, niemające żadnych ograniczeń. Będące ze sobą nawzajem i nawzajem wspierające się. Na błękicie nieba, które stanowiło jedną trzecią całego "dzieła" (haha, oczywiście, że to nie jest dzieło...), namalowałam jeszcze dwa ptaki. Zwierzęta, będące symbolem nieograniczonej wolności. Stąd też przecież powiedzenie "wolny jak ptak". To trochę jak my... To znaczy ja i Lilly. Wkraczając w dorosłość, tak jakby stałyśmy się wolne. Nic nas nie ogarnicza. Rodzice, dziadkowie. Jesteśmy tylko my. Na szczęście "my". Co innego "ja" i "ona", jesteśmy razem. Jesteśmy dla siebie podporą. W końcu na tym polega przyjaźń, o którą teraz jest ciężko.
Zmęczona tym wszystkim opatłam na swój fotel bujany. Przetarłam wierzchem dłoni czoło, które znów przybrało jakiegoś koloru, czym się nie przejęłam. Dmuchnęłam tylko na swoją grzywkę, która jak zwykle niesfornie się ułożyła zasłaniając mi w pewnym stopniu widoczność.
Ledwie zdążyłam wyjść spod prysznica i się ubrać, a już usłyszałam dzwonek do drzwi, co mnie w sumie zdziwiło, bo nie zdążyłyśmy nikomu, oprócz Matta, podać adresu zamieszkania. Niechętnie podniosłam tyłek z kanapy i wszedłszy do przedkopokoju, otworzyłam drzwi. Widok jaki zastałam był niecodzienny i, nie powiem, zaskakujący. W pozytywnym tego słowa znaczeniu oczywiście. Zaśmiałam się cicho, co by nie obudzić śpiącej jeszcze Rose, więc po prostu wpuściłam mokrego osobnika do środka. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że na zewnątrz pada. Ba! Leje wręcz. Zaczekałam aż lokowaty zdejmie buty. Gestem dłoni zaprosiłam go do salonu, do którego sama się po chwili udałam. Przyniosłam dwie szklanki z sokiem, z czego jedną podałam jemu. Skinął jedynie głową.
- Pewnie się dziwisz, że tutaj jestem, wiem. Przyszedłem, bo potrzebuję małej pomocy. Kiedy wracałem z kina, zapomniałem, że nie zabrałem kluczy, a chłopaki pojechali na zakupy, czy gdzieś, więc mogę u ciebie na nich zaczekać? - patrzył na mnie jakbym była Królową Elżbietą i jakby moja decyzja wpłynęła jakoś na jego zdrowie czy życie. Rozbawił mnie ten widok, więc odpowiedziałam dopiero po chwili.
- Jasne, nie ma problemu, po to podałam ci numer mieszkania, haha, tylko tak w miarę cicho proszę być, bo mam śpiącą przyjaciółkę w domu. Chodź do mojego pokoju lepiej - wstałam zabierając sok i poszłam od razu do pomieszczenia naprzeciwko. Zamknęłam za Harrym drzwi i usiadłam na swoim ukochanym fotelu, odstawiając szklankę na stolik.
- Znasz Lilly? - niemalże wykrzyczał nagle Styles, podchodząc do półki, na której stało zdjęcie moje i Sharewood. Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem. Skąd on ją... Holmes Chapel! Przecież są z tej samej miejscowości... A ja dopiero teraz skojarzyłam fakty. Czyli się znają? To dlaczego ona mi nie powiedziała?! - Znasz? - zapytał raz jeszcze lokowaty, na co kiwnęłam jedynie głową.
- Przyjaźnimy się... czyli wy też się znacie? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie, bo przecież równie dobrze, nie wiem, mogłam się mylić, przesłyszeć, cokolwiek.
- Przyjaźniłem się z nią... Z momentem kiedy się wyprowadziła, straciliśmy kontakt. Ona tu jest? - momentalnie się podniósł i rozejrzał po pokoju, jakby chciał pójść do innego. Ale chyba nie był pewien. Przyglądałam się z zaciekawieniem ruchom Curliego.
- Tak. Ale nie budź jej. Nieodpowiedni moment. Skoro straciliście kontakt, myślisz, że będzie chciała go odnowić? Nie sądzę, zważając na to, że nawet mi o was nie opowiedziała... - ponagliłam go, przez co z powrotem usiadł. Ta sytuacja była dla mnie co najmniej niezrozumiała.
- Nie powiedziała ci? - spytał usłyszawszy moje słowa. Przecież nie mogłam skłamać, to pewnie wszystko by skomplikowała. Pokiwałam głową patrząc na niego uważnie. Wyglądało to jakby był trochę zawiedziony. Albo nad czymś rozmyślał, nie wiem. Lilly trochę mnie zaraziła tą psychologią. Zabawne.
Wstałam wypoczęta bardziej niż kiedykolwiek po swojej popołudniowej drzemce. Aż się wystraszyłam, że może jest późno, jednak słońce nadal znajdywało się nad horyzontem. Spojrzałam na zegarek. 20:37. No pięknie... Zasnąć na trzy czy cztery godziny. Sharewood potrafi. Przeciągnęłam się i z zamiarem pójścia pod prysznic, wstałam z łóżka. Zanim jednak wyszłam z pokoju, wstąpiłam jeszcze do "szafy" po swoją ukochaną piżamę... Której jakimś trafem nie znalazłam. Chyba się gdzieś zawieruszyła przy rozpakowywaniu. Albo jest w rzeczach Amy. Wyszłam z pokoju i wstąpiwszy do kuchni, zawołałam przyjaciółkę, która, jak się okazało, też się w niej znajdowała. Odwróciła się w moją stronę. Wyglądała na dziwnie spiętą, jednak się tym zbytnio nie przejęłam. Pewnie mi się wydawało.
- Idę do ciebie po moją piżamę, pewnie się gdzieś zawieruszyła... - rzuciłam na odchodne i już miałam iść, kiedy Petterson złapała mnie za ramię i odwróciła w swoją stronę.
- Jest bałagan, malowałam. Ale zaraz sprawdzę czy jest u mnie... ta w kropki? - o co jej chodziło? Przecież zawsze ma w pokoju bajzel i nawet się tego nie wstydzi, więc co tym razem?
- Daj spokój, zawsze jest bałagan, nagle zaczęłaś się przejmować? - odpowiedziałam jej i wzruszyłam ramionami.
Wyszłam z kuchni i od razu wbiłam do jej pokoju chcąc skierować się w stronę szafy, jednak "coś" mi nie pozwoliło. To "coś" całkowicie zwaliło mnie z nóg. Nie wiedziałam co zrobić. Mam zostać? Nie, beznadziejny pomysł... Może uciec? Tak. Ale to nie będzie zbyt dziecinne? Tak, będzie. No to co robić. Obróciłam się na pięcie. W progu stała już Amanda. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, wzruszyła bezradnie ramionami. Ponownie odwróciłam się wgłąb pokoju. Zielonooki wstał i powoli kierował się w moją stronę. Wtedy też zrobiłam krok w tył. Następny i następny.
- Czy to jest jakiś żart? - pomyślałam, ale chyba na głos. Może to i lepiej? Niech w sumie wiedzą co o tym wszystkim sądzę. Chciałabym zniknąć. Czy jest ktoś w stanie mi pomóc?
* * *
No dobra. Jest trzeci. Spóźniony, ale jest.
Komentujcie, wchodźcie, to motywuje do dalszego pisania.
Do następnego! x
Komentujcie, wchodźcie, to motywuje do dalszego pisania.
Do następnego! x
kiedy następny rozdział?
OdpowiedzUsuń