7 października 2013

Chapter five.

     Naprawdę nienawidzę korków, które są wszędzie. Na każdej z głównych ulic Londynu i nawet nie tylko tam, bo ludzie chcąc je ominąć, zjeżdżają w te boczne uliczki i dosłownie nigdzie nie da się spokojnie przejechać. I to jest właśnie jedna jedyna wada tego cudownego miasta. Natłok ludzi gdziekolwiek nie pójdziesz. Natłok ludzi na ulicy, natłok ludzi na chodniku, natłok w autobusie i natłok w sklepie.

     Chyba od pół godziny już stałyśmy w tym samym miejscu czekając aż kilkanaście aut przed nami w końcu ruszy. Jednak dobrze było się przejść. Na pewno zaszłybyśmy na miejsce dużo szybciej, tak mi się wydaje. Po przemyśleniu wszystkiego skonsultowałam się w tej sprawie ze swoją przyjaciółką:
- Nie będę tutaj siedziała jak ten kołek. Już niedaleko, chyba możemy po prostu pójść... - nie dokończyłam, bo blondynka od razu mi się wcięła.
- To samo chciałam powiedzieć. Będziemy tu siedzieć do usranej śmierci, a ja mam jeszcze tyle planów! - jęknęła niezadowolona.
     Kiwnęłam do niej porozumiewawczo i zapytałam kierowcy taksówki ile mam zapłacić za przywiezienie nas. Dałam mu wyliczoną kwotę, podziękowałam i przeprosiłam, że wysiadamy, po czym od razu otworzyłam drzwi rzucając "do widzenia". Zatrzasnęłam je za sobą sprytnie wymijając trzy auta i wchodząc na chodnik.
     Pogoda, jak na UK, była po prostu idealna. Słońce nadal przygrzewało, pomimo, że już najgorsze godziny tego całego skwaru minęły. Teraz było tak akuratnie, ni zimno, ni za gorąco. Pewnie było coś około 25 stopni. Jak dla mnie mogłoby tak być cały czas.

     Przed Areną było już od groma dziewczyn. I w sumie nie tylko, choć najwięcej właśnie nastolatek rzucało się w oczy. Co ja tutaj robię? No niech mi ktoś powie. Nie wiem jak ja wytrzymam z bandą gotowych na wszystko lasek, piszczących na każdy ich gest, każde wypowiedziane słowo. To nie dla mnie.
     Prześlizgnęłam się razem z Amandą przez ten tłum i dotarłam w końcu do jednego z ochroniarzy, podając bilety. Wtedy ten przeszukał nam torby, bo przecież od tego był i kiedy przekonał się, że nie mamy niczego co zagraża życiu, lub może nagrywać wysokiej jakości filmy, podał nam identyfikatory i pozwolił przejść. Jakie to wszystko jest skomplikowane, matko. To tylko koncert. A nie, przepraszam, dla niektórych to nie tylko koncert... Niektórzy nie potrafią być tak opanowani i spokojni jak ja (hihi, ta oaza spokoju). 


     Przeszłyśmy przez jakieś drzwi , przez które mogłyśmy przejść tylko my i pracownicy, czy inni ludzie stąd i wtedy też znalazłyśmy się w jakimś korytarzu, następnie idąc do jego końca ujrzałyśmy kolejne drzwi z napisem "garderoba", czy coś w ten deseń. Amy bez pukania po prostu je otworzyła i wparowała do środka, a ja zaraz za nią. To, co tam zastałyśmy było jakimś pobojowiskiem. Ha, jednak nie, ponieważ wojna dalej trwała. Zayn z Niallerem ganiali się po całym pomieszczeniu (małe to ono nie było), albo raczej to Horan biegał za mulatem, ponieważ ten ukradł jego spodnie. Jak się domyślacie, blondasek latał przed nami w samej koszulce i bokserkach, co doprowadziło mnie do łez... Tych śmiechu oczywiście.
     - Cyrk na kółkach... - mruknęłam sama do siebie.
     Kiedy już wszyscy się uspokoili i Irlandczyk zdążył się ubrać, przywitał się z nami, a zaraz po nim Liam i Harry, do którego jedynie kiwnęłam głową (nie, złość nadal mi nie minęła, trochę sobie poczeka biedaczek), chwilę potem przyszedł super żartowniś Lou, rzucając jak zwykle jakimś sucharem. Kiedy nas zobaczył, od razu podszedł obdarowując nas wielkim, super milusim hugiem. Na końcu był Zayn, przybijający mi żółwika. Kurczaki, nigdy nie sądziłam, że oni mogą być aż tak bardzo w porządku. Każdy z nich jest cudowny na swój sposób. Nie przyszło mi do głowy, że zdążę ich wszystkich tak szybko polubić. W końcu nie minął jeszcze nawet miesiąc.

     Po jakimś czasie rozmowy przyszła do nas stylistka, która zajęła się ogarnianiem chłopaków. Najwięcej czasu chyba spędziła przy Zaynie, który nie mógł się zdecydować jak ułożyć włosy. Reszta minęła całkiem sprawnie.

     W końcu nadszedł czas koncertu. Co prawda, najpierw występował support (swoją drogą chłopcy z 5SOS byli nieziemscy!), ale naprawdę nigdy się tak dobrze nie bawiłam. Po kilku piosenkach w wykonaniu Australijczyków, na scenę w końcu wtargnęli nasi chłopcy z piosenką Up All Night, która rozbudziła całą publiczność zgromadzoną na arenie.
     Zobaczywszy reakcję ludzi, kiedy usłyszeli pierwsze nuty "Little Things", poszłam w ich ślady. Przygasły światła, więc wyjęłam telefon i włączyłam latarkę w postaci flesza i powoli machałam ręką w rytm muzyki. Śpiewałam pod nosem swoją ulubioną piosenkę wpatrując się z zaciekawieniem w chłopców siedzących na scenie. Dzięki urokowi Nialla miałyśmy miejsca w płycie bodajże "A", tuż przy samej scenie, także widoczność miałyśmy naprawdę dobrą. 
     W tym momencie zdałam sobie sprawę, że chłopaki lubią to co robią. I że nie robią tego dla siebie, ale dla fanów. Widząc, jak wczuwają się w piosenkę, jak wkładając w swój śpiew tyle serca, że dają z siebie to 100%, po prostu nie wytrzymałam. Mimowolnie, oczy zeszkliły mi się całkowicie rozmazując obraz, jednak nie przeszkadzało mi to. Byłam teraz ja i cudowna piosenka rozbrzmiewająca w mojej głowie dzięki im anielskim głosom, które sprawiały, że stawała się ona jeszcze bardziej wyjątkowa. 


     - Słyszałem, że dzisiaj nocka u Lilly i Amy! - pierwsze zdanie, jakie usłyszałam po wejściu za kulisy. Mówiłam już, że Louis to niezły żartowniś? Tak? No to tylko przypominam. Puściłam wypowiedzenie mimo uszu i usiadłam na kanapie obok Nialla, który oczywiście już się czymś zajadał. Nawet nie wnikałam czym. 
     - Lilly, serio? No ja wpadam na pewno! - odpowiedział po chwili Zayn, podjeżdżając do nas na deskorolce. Zaśmiałam się na ten widok. Jezu, oni to są tutaj jednak nieźle zaopatrzeni!
     - Ooo, pewnie, zapraszam was wszystkich! - rzuciłam całkowicie sarkastycznie, czując na sobie wzrok wszystkich zgromadzonych, włącznie z Harrym, którego spojrzenia unikałam. Nadal nie potrafiłam do siebie przyjąć tej wiadomości, że on znowu jest. Dopiero co prawie nauczyłam się funkcjonować bez niego, a on tak nagle znowu się pojawia i myśli, że wszystko będzie okej. A to jest oczywiste, że nie będzie. Przecież to jest pewne, że skoro raz tak było, to teraz jak wyjedzie w jakąś trasę, cokolwiek, znowu będzie to samo... Znowu o tym myślę. Niedobrze.
     - Widzicie? Tylko najpierw odwiedzimy może jakiś sklep. O suchej gębie ja siedział nie będę - odezwał się znów pasiasty. Zgromiłam go wzrokiem i nie odezwałam się już słowem. Zrobiłam jedynie rasowego facepalma i przez następne kilka minut tylko uważnie wysłuchiwałam swoich znajomych.


     Oczywiście wszyscy zrobili po swojemu. Nawet chyba nie wyczuli mojego sarkazmu, bo zamiast udać się do siebie, chłopcy rzeczywiście przyszli do nas. I nawet myśleli, że serio zostaną na noc. Ha, ha, ha. Jakże zabawnie będzie wyglądało ich rozczarowanie kiedy dowiedzą się, że muszą iść do siebie. Tylko jedno jest dziwne. Dlaczego Amanda nie odezwała się w tym temacie ani słowem? No niech mnie instynkt nie myli, czy jej jest to w jakimś sensie na rękę? A może Petterson spodobał się jeden z chłopaków? W sumie to nie byłoby takie dziwne, nigdy nie trafiała na tych odpowiednich.

     Cały salon przepełniony był tą piątką rozbieganych wariatów, jedzeniem, piciem, no i przepozytywnym nastrojem. Byliśmy właśnie podczas oglądania Kac Vegas w Bangkoku, jednak pewnych dwóch osobników postanowiło nam w tym przeszkodzić. Westchnęłam głośno na widok Nialla "bijącego się" z Harrym o paczkę żelek. Osoby, które myślą, że oni kiedyś dorosną, oszukują samych siebie. To się nigdy nie stanie, ta piątka kochanych debili nigdy nie dorośnie i nigdy się nie zmieni. Ale to dobrze, bo przecież wtedy nie będzie już taka kochana...

     - Tańczymy! - wykrzyczał nagle Payne, włączając radio, w którym właśnie leciało "Burn" Ellie Goulding, czyli jednej z ulubienic chłopców, mojej co prawda też. Strasznie ją uwielbiałam, miała takie ciekawe piosenki, hipnotyzujący głos i przede wszystkim była świetna, taka prawdziwa. Nie to co większość gwiazdek w tych czasach. Poczułam jak Li łapie moje ręce w swoje dłonie i obraca moje ciało wokół własnej osi. Aż zakręciło mi się w głowie. Uśmiechnęłam się szeroko dając porwać muzyce.
     
     Przy ostatnim refrenie złożyłam dłoń udając, że trzymam mikrofon. Przybliżyłam ją do ust i wyśpiewując kolejne słowa piosenki, bujałam się w jej rytm, po chwili zaczynając skakać. Czułam na sobie wzrok wszystkich i kiedy ja też po kolei na nich spojrzałam, wzruszyłam bezwiednie ramionami. I wtedy po salonie rozeszły się pierwsze nuty Passengera "Let Her Go". Tak strasznie uwielbiałam tą piosenkę. Przymknęłam powoli powieki i znów zaczęłam powoli kołysać swoim ciałem po cichu mrucząc słowa piosenki.

Only know you've been high when you're feeling low
Only hate the road when you're missing home
Only know you love her when you let her go
And you let her go

     Wtedy też, całkiem przypadkowo, przeniosłam swój wzrok na Harrego... Nasze spojrzenia się spotkały. Wiedziałam, że pewnie coś sobie pomyślał. Że pewnie nie przez przypadek akurat wtedy na niego spojrzałam i że pewnie przypomniała mi się nasza sytuacja. A może rzeczywiście tak było i nie bez powodu się to stało? Kompletnie nie wiedziałam co zrobić, ani jak się zachować. Odwróciłam wzrok i od razu pobiegłam do kuchni co by trochę ochłonąć. Weszłam do owego pomieszczenia i nalałam sobie wody. Usiadłam na blacie popijając przezroczystą ciecz, kiedy ktoś wszedł do środka. Amy spojrzała na mnie litościwie i zapytała czy wszystko okej, na co kiwnęłam głową i powiedziałam, żeby wróciła do reszty, a ja zaraz do nich dołączę. Tak też było, zahaczając uprzednio o łazienkę, wróciłam do nich. Przecież nie będę robić cyrku przez jedną piosenkę i jakąś pomyloną akcję. Jestem twarda, jestem twarda, jestem... Nie. Nie będę się oszukiwać, nie potrafię nie żyć w zgodzie z Harrym, tym bardziej teraz, kiedy znowu jest blisko mnie... Jednak nie potrafię też tak po prostu pójść do niego i powiedzieć, że wybaczam i że wszystko będzie dobrze. Po prostu jakaś część mnie nie pozwala mi tego zrobić. Zobaczymy co czas pokaże...

     Atmosfera zrobiła się trochę napięta, jednak postanowiłam ją rozluźnić standardowo grą w butelkę. No bo co innego wymyślić w tak krótkim czasie? Poza tym ta gra jest naprawdę zabawna. Zayn wziął pustą już butelkę po pepsi i jako, że on ją przyniósł, to chciał kręcić. Wypadło na Amy. Cwaniak Malik wyżebrał od niej buziaka w policzek. Potem kręciła blondynka i kazała Horanowi podzielić się swoimi żelkami ze wszystkimi. Następnie Liam robił pompki, a Zayn śpiewał piosenkę z Titanica, Lou całował Nialla w policzek, Harry dzwonił na przypadkowy numer z zastrzeżonego i udawał napalonego fana Zayna, natomiast Amy pokazywała nam swoje wszystkie wiadomości. Później znów Louis miał przez dziesięć minut stać i otwierać ludziom drzwi (było coś koło północy, więc nikt nie wchodził już, szczęściarz!). Wszystko dobrze szło, dopóki nie przyszła kolej na mnie. Modliłam się w duchu, żeby to nie było nic trudnego ani nic zbytnio szurniętego. 
     - Lilly, Lilly, Lilly... Idź do tego przystojniaka z piętra niżej i zapytaj się o numer telefonu, bo... Powiedz, że jesteś z administracji, czy coś - powiedział rozochocony Louis, kiedy wypadło na mnie. W tym momencie myślałam, że się załamię. Spojrzałam na szatyna wzrokiem mordercy i popukałam się w czoło.
     - Po pierwsze, Lou: jest pierwsza w nocy. Po drugie: nie wyglądam na nikogo z administracji. A po trzecie: oni na pewno już mają jego numer, głupku! - pacnęłam chłopaka butelką, na co on się skrzywił, wywołując śmiech u całej reszty. 
     - Dobra to... daj buziaka siedemnastej osobie od ciebie. Licz według wskazówek zegara - mruknął niezadowolony. Skąd on bierze te pomysły?
     - No naprawdę? Jejku, Louis... - odpowiedziałam cicho i zaczęłam wyliczać. Amy, Zayn, Harry, Louis, Liam, Niall, Amy, Zayn, Harry, Lou, Li, Niall, Amy, Zayn, Harry, Louis, Li... Liam? Liam! Wybałuszyłam oczy i spojrzałam na ucieszonego Payne'a, który chyba zdążył to zrobić przede mną. Podeszłam do niego i swoimi wargami musnęłam delikatnie jego ciepły policzek, po czym go po nim lekko poklepałam i wróciłam na swoje miejsce. Kilka kolejnych rundek i wszyscy zbieraliśmy się do spania, co było rzeczą ciężką.

     Papier, kamień i nożyce rozstrzygnęły, że ja i Amy śpimy w moim pokoju, Horan z Malikiem u niej, a reszta w salonie na rozłożonej kanapie. Wszyscy zadowoleni. No, poza tymi trzema panami, którzy mają ściskać się razem na naszej sofie, ale co tam. Pomimo wszelkich sprzeciwów, każdy rozszedł się w swoją stronę. I pomimo, że miała to być pora spania, kłótnie i protesty było słychać jeszcze przez kolejne pół godziny.


* * * 


Piąty? Piąty! Trochę flaki z olejem, ale przynajmniej coś jest, prawda? :)
Od jutra biorę się za szósty, więc może na dniach się pojawi.
Dziękuję za komentarze pod ostatnim rozdziałem.
To dla mnie naprawdę ważne, tak więc liczę na was.
Do miłego, kochani xx

5 komentarzy :

  1. Świetnie. Czekam nn. Zapraszam http://me-and-five-crazy-boys.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Super rozdział ! Z niecierpliwością czekam na następny ; ) ~Gabi ;**

    OdpowiedzUsuń
  3. Booooskii !
    dodawaj częściej rozdziały ! - Wika :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Idealny ! dalej dalej naprawde wciaga ;*

    OdpowiedzUsuń
  5. Dodaj następny ! ii skończ tego bloga bo naprawdę jest świetny ! ~Paula . ;*

    OdpowiedzUsuń