Usłyszawszy swoje nazwisko, natychmiast podniosłam się z krzesełka, na którym właśnie siedziałam. Teraz był mój moment. Moment, w którym kończyłam swoją naukę w collage'u i mogłam w końcu pójść na studia. W końcu na swoje. Bez zrzędzenia rodziców, bez pouczania mnie, bez "zachęcania" do nauki. Tylko ja. No i Matthew... Tak dla sprostowania, gdyby nie to, że czekają mnie studia, przeżyłabym kolejną wyprowadzkę. Tak, tata znowu zmienił miejsce pracy, tym razem Birmingham. Nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić mojego zadowolenia, kiedy dowiedziałam się, że będę mogła zostać w Londynie. Nigdy nie sądziłam, że tak polubię to miasto. Ba! Nawet, że stanie się ono jednym z moich ulubionych. Do spełnienia brakowało mi tylko domu. Chciałam, żeby rodzice zostawili mi nasz, żeby nie mieszkać z Mattem, ale jak to oni stwierdzili "nie będą opłacać go, kiedy mieszka w nim jedna czy dwie osoby i że lepiej sprzedać", ale w zamian dostałam duże mieszkanko w prawie samym centrum, które w dodatku będę dzielić z przyjaciółką. No czegoż chcieć więcej?
Z zamyśleń wyrwały mnie słowa dyrektorki. Jak zwykle składała gratulacje i tak dalej. W sumie nie należałam do tych najlepszych absolwentów, aczkolwiek nie byłam wcale daleko za nimi... No, w każdym razie moje oceny były wystarczająco dobre, żeby zachwycić rodziców i żeby dostać się do University College London. Znowu się zamyśliłam. Wysłuchałam do końca starszej ode mnie ze dwa razy kobiety, po czym podziękowałam i wróciłam na miejsce, tuż obok moich rodziców i Amy.
Na koniec wielki rzut tymi śmiesznymi czapeczkami absolwentów (tak, dokładnie jak to się widzi na filmach) i wszyscy powoli rozchodzili się, każdy w swoją stronę. Jedni wyjeżdżali, inni nie... Każdy miał inną wizję przyszłości. Każdy liczył na co innego, miał inne plany. Jedne normalne, drugie nie. Ciekawe tylko czy to wszystko dojdzie do skutku. Człowiek tyle planuje... Już od małego wybiera sobie jakiś zawód, jakiś sposób na życie, a potem, gdy przychodzi co do czego, jedno wydarzenie potrafi odwrócić jego życie o 180 stopni, tak, że nawet nie będzie w stanie go poznać. Wszystko pójdzie na marne. Dlatego chyba lepiej żyć, jak to mówią, na spontanie. Jaki sens w tym, żeby się trudzić i ustalać przyszłość, jak i tak w 99% przypadków to i tak się nie uda? No właśnie. Ale człowiek uczy się na błędach i pomimo, że widzi je u innych to i tak woli to przeżyć na własnej skórze. Głupota nasza nie zna granic. Ale cóż zrobić, jesteśmy tylko ludźmi...
- My na serio będziemy tu mieszkać? Serio? Tu jest pięknie. Nie mów, że sama wszystko projektowałaś! - niemalże wykrzyczała moja przyjaciółka, kiedy już zwiedziła ostatnie pomieszczenie jakim był jej pokój. Chyba nigdy nie widziałam w niej tyle entuzjazmu co teraz. Ta dziewczyna z każdym dniem zaskakiwała mnie coraz bardziej. Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
- No tak, a co ty myślałaś? Chciałam, żeby było idealnie. I jest. Jednak projektanta wnętrz taka zła ze mnie nie jest, co? - zażartowałam sobie, wystawiając język w stronę blondynki. Ta jedynie zgromiła mnie wzrokiem.
- I projektanta i stylistka i fryzjerka i psycholożka i ta... - zaczęła wymieniać, przez co teraz ja posłałam jej mordercze spojrzenie.
- Stop, dzięki.
- Dopiero się rozkręcam - puściła mi oczko. Czemu wszyscy zawsze lubią mnie drażnić?! Pokręciłam jedynie głową i poszłam do swojego nowego pokoju.
Wszystko było w nim totalnie po mojemu. Fioletowe ściany, które idealnie kontrastowały się z drewnianymi meblami w kolorze wanilii. Naprzeciwko wejścia było wielkie okno, z którego panorama Londynu wyglądała jeszcze lepiej niż z niejednego budynku. Po prawej stronie było przejście do szafy, tak zwanej "garderoby", oraz łóżko, etażerka no i komoda. Pod oknem stało biurko... No bo przecież praca z takimi widokami jest o niebo lepsza! Pod lewą ścianą ustawiłam regał z moimi różnymi śmieciami typu książki, płyty, figurki... Nieważne czy innym się to podobało czy nie. Chodziło o to, że to moje... Mój własny kąt, w którym mogę się zaszyć i pobyć. Tak po prostu. Sama. Czasami miałam takie chwile, że po prostu potrzebowałam posiedzieć i pomyśleć. W spokoju, pewna, że nikt ani nic mi nie będzie przeszkadzało.
Przeszłam się po pomieszczeniu. Oczywiście pierwsze co to przetestowanie łóżka. Rzuciłam się na nie czym prędzej. Było tak miękko, tak miło. Prawie jak w domu... Zaraz, teraz to jest mój dom. Jednak wiadomo, co mam na myśli. Strasznie tęskniłam za Holmes Chapel i gdyby nie to, że właśnie zaczęły się wakacje i właśnie zaczęłam własne, "dorosłe" życie, zapewne rozkleiłabym się i użalała nad sobą przez kolejne dni. Ale nie. Czas na zmiany. Nowa szkoła, nowe życie, to i nowe zachowania. Koniec ze starą, żyjącą przeszłością Lillian. Trzeba dać się ujawnić nowej, niezależnej Lilly.
Kiedy już odpędziłam od siebie złe myśli, wstałam i podeszłam do regału. Przyglądałam się uważnie fotografiom w ramkach (tak, lubię się dobijać zdjęciami z przeszłości! tak, wiem, że jestem głupia!) i wtedy zobaczyłam te oczy. Te same oczy, w które wpatrywałam się codziennie jeszcze cztery lata temu. Tęskniłam za nimi. Tęskniłam za ich właścicielem. Dlaczego po takim czasie ja nadal pamiętam i nadal nie odpuszczam? To chore. Każdy normalny człowiek ze dwa razy szybciej niż ja by sobie dał spokój... Ale nie ja. Co ze mną nie tak? Niech mi ktoś odpowie.
Tak się zastanawiam (tak, ostatnio często to robię, ja szalona)... Co by było gdybym nie wyjechała? I co by było gdybym z nim poszła do tego x-factora? Oczywiście, że nic by nie było. I tak by on wyjechał, więc wyszłoby na to samo... Na miłość boską, Lilly, ogarnij się. On nie wróci. Gdyby mu zależało, nie zerwałby tego kontaktu prawie cztery lata temu. Zapomniał? A może po prostu stwierdził, że odległość jest przeszkodą? Dlaczego nie napisał chociażby tego smsa jak mu poszło po castingach... Oczywiście tego wszystkiego musiałam dowiedzieć się sama. I to cholernie boli. Sama namawiałam go, żeby w końcu wziął udział. Sam mi obiecał, że pójdzie na pierwszy casting jaki będzie po jego urodzinach. I co? Niby dotrzymał słowa, ale jednak nie do końca. Zabawne... Około trzy lata mieszkamy w jednym mieście i jeszcze nigdy się nie spotkaliśmy. Jak to możliwe? Może on mnie unika? Może wie, gdzie mieszkam i omija okolicę szerokim łukiem? Nie, to głupie... Ech, muszę trochę uspokoić moje myśli i moją wyobraźnię... Za bardzo szaleją kiedy o nim myślę.
Amanda już zajęła się tworzeniem, więc nie chciałam jej przeszkadzać. Postanowiłam przejść się po okolicy, jako że jeszcze nie miałam okazji na spokojnie pochodzić po stolicy Wielkiej Brytanii, a mieszkam tutaj przecież cztery lata! To hańba nie zobaczyć tylu wspaniałych miejsc. Ale na to jeszcze przyjdzie czas. Teraz potrzebowałam swojej dziennej dawki kofeiny, którą odnalazłam kilka uliczek dalej.
Weszłam do środka kawiarni. Wystrój jak w większości, ściany w kolorze beżu, brązu, wszędzie skórzane fotele i kanapy, ewentualnie na środku było kilka stolików z krzesełkami. Rozejrzałam się dokoła i podeszłam do kasy. Z racji tego, że kolejka była niemała, postanowiłam się czymś zająć. Akurat mówili coś w radio, więc próbowałam wyłapać co mają ciekawego do powiedzenia. "Chłopcy z One Direction znów szczytują na naszej..." - czy to jest jakaś pieprzona ironia losu? - "... pierwsze z piosenką "Best Song Ever" i na miejscu czwartym wciąż utrzymująca się "Kiss You"! Z innej beczki: wasi idole mają teraz wolne i zapewne wylegują się w domu lub są zaszyci w rogach jakichś kawiarnii, także bądźcie czujni!" - aha. Naprawdę, nie przeżyłabym bez tej wiadomości... Szczęście chyba się w tym momencie ode mnie odwróciło. I to dosłownie. Kobieta obsługująca oznajmiła, że ekspres czy jakieś inne gówno uległo awarii i chwilowo kawy nie serwują. A niech to... No ale skoro już jestem to skuszę się na Frappe truskawkowe. Kiedy nadeszła kolej, zamówiłam Strawberries & Cream i po niespełna trzech minutach otrzymałam zamówienie. Odebrałam napój i po chwili zadowolona wyszłam z lokalu.
Przez całą drogę myślałam. Znowu. Co teraz robi? Może myśli o mnie, tak jak ja o nim? Nie... Na pewno tak nie jest. W takim razie co? Może odpoczywa? Tyle pracowali przez ostatni okres... Tak, interesuję się tym co się u nich dzieje, poza tym jestem fanką. Słucham ich muzyki i tak dalej. Hm, tyle pytań nasuwało mi się na myśl... Co chwilę jakieś nowe. Jednak na żadne z nich nie byłam w stanie odpowiedzieć.
W międzyczasie dostałam wiadomość od mamy. Pisała, że dojechali na miejsce. Spytała też jak mieszkanie i czy Matthew się odzywał. Stwierdziłam, że od razu jej odpiszę, bo potem zapomnę, a nie chcę mieć z nią problemów. Zabrałam się więc za pisanie, jednak jedną ręką było dość ciężko, tym bardziej, że musiałam też uważać i patrzeć na drogę. Byłam już niedaleko wejścia do lobby. Weszłam po dosłownie kilku schodkach i już miałam otworzyć te wielkie drzwi, kiedy ktoś mnie uprzedził i zostałam potraktowana z klamki w brzuch. Odruchowo zgięłam się w pół.
- Nic ci nie jest? Mogłabyś patrzeć trochę na drogę, tym bardziej, że jest to bardzo... ruchliwe miejsce. - powiedział "sprawca". Jego głos wydawał się być całkiem znajomy. Uniosłam głowę i niemalże umarłam na zawał. Z przerażenia, zdziwienia i zachwycenia jednocześnie. W ułamek sekundy jednak się ogarnęłam.
- Nie, nic mi nie jest. No tak, masz rację. Dzięki za radę, Liam. - widziałam jak się uśmiechał, więc puściłam mu oko. Chyba się zdziwił, bo od razu zmienił wyraz twarzy na tę bardziej poważną.
- Skoro już mówimy po imieniu, to może się przedstawisz? - "cwany jesteś" - pomyślałam od razu. Zaśmiałam się pod nosem i zadałam sobie pytanie, po co ja w ogóle wnikam w tę dyskusję...
- No tak, Lilly. - wciąż mu się przyglądałam. Zawsze lubiłam utrzymywać kontakt wzrokowy z osobą, która ze mną rozmawia. To dodawało mi pewności.
- W takim razie miło mi cię poznać. Trochę nieciekawie się zaczęło, ale teraz może być już tylko lepiej. Mieszkasz tutaj? Widzę cię tutaj chyba pierwszy raz. - ostatnie pytanie (i zdanie twierdzące też) zbiły mnie z tropu. Co to miało znaczyć? Danielle tutaj... Nie. Czyli, że oni tutaj... Niemożliwe... Jednak zostawiłam teraz myślenie na później.
- Mhm... Mnie również. Tak, dzisiaj wprowadziłam się z przyjaciółką do 63, a ty? - odpowiedziałam pytaniem, no po co miałam zrobić? Nie wiedziałam kompletnie co on tutaj robi.
- O, nawet numer podałaś, haha! No mieszkam. Myślałem, że sporo ludzi to wie, a tu taka niespodzianka. - zaśmiał się. - No cóż, na mnie czas Lilly, ale może spotkamy się jeszcze? Kto wie. Mieszkamy piętro wyżej więc jakby co to zapraszam. - odpowiedział, po czym poklepał mnie dłonią po ramieniu i z uśmiechem odszedł.
Pomachałam mu tylko i od razu weszłam do środka. Dobra, to było zdecydowanie dziwne przeżycie. Ja i One Direction w jednym budynku? To nie jest chyba dobry pomysł. Muszę opowiedzieć to wszystko Amy. Chyba mi nie uwierzy... No jak ma mi uwierzyć jak ja sama sobie nie wierzę? Zwariowałam. Tak, zdecydowanie zwariowałam.
W międzyczasie dostałam wiadomość od mamy. Pisała, że dojechali na miejsce. Spytała też jak mieszkanie i czy Matthew się odzywał. Stwierdziłam, że od razu jej odpiszę, bo potem zapomnę, a nie chcę mieć z nią problemów. Zabrałam się więc za pisanie, jednak jedną ręką było dość ciężko, tym bardziej, że musiałam też uważać i patrzeć na drogę. Byłam już niedaleko wejścia do lobby. Weszłam po dosłownie kilku schodkach i już miałam otworzyć te wielkie drzwi, kiedy ktoś mnie uprzedził i zostałam potraktowana z klamki w brzuch. Odruchowo zgięłam się w pół.
- Nic ci nie jest? Mogłabyś patrzeć trochę na drogę, tym bardziej, że jest to bardzo... ruchliwe miejsce. - powiedział "sprawca". Jego głos wydawał się być całkiem znajomy. Uniosłam głowę i niemalże umarłam na zawał. Z przerażenia, zdziwienia i zachwycenia jednocześnie. W ułamek sekundy jednak się ogarnęłam.
- Nie, nic mi nie jest. No tak, masz rację. Dzięki za radę, Liam. - widziałam jak się uśmiechał, więc puściłam mu oko. Chyba się zdziwił, bo od razu zmienił wyraz twarzy na tę bardziej poważną.
- Skoro już mówimy po imieniu, to może się przedstawisz? - "cwany jesteś" - pomyślałam od razu. Zaśmiałam się pod nosem i zadałam sobie pytanie, po co ja w ogóle wnikam w tę dyskusję...
- No tak, Lilly. - wciąż mu się przyglądałam. Zawsze lubiłam utrzymywać kontakt wzrokowy z osobą, która ze mną rozmawia. To dodawało mi pewności.
- W takim razie miło mi cię poznać. Trochę nieciekawie się zaczęło, ale teraz może być już tylko lepiej. Mieszkasz tutaj? Widzę cię tutaj chyba pierwszy raz. - ostatnie pytanie (i zdanie twierdzące też) zbiły mnie z tropu. Co to miało znaczyć? Danielle tutaj... Nie. Czyli, że oni tutaj... Niemożliwe... Jednak zostawiłam teraz myślenie na później.
- Mhm... Mnie również. Tak, dzisiaj wprowadziłam się z przyjaciółką do 63, a ty? - odpowiedziałam pytaniem, no po co miałam zrobić? Nie wiedziałam kompletnie co on tutaj robi.
- O, nawet numer podałaś, haha! No mieszkam. Myślałem, że sporo ludzi to wie, a tu taka niespodzianka. - zaśmiał się. - No cóż, na mnie czas Lilly, ale może spotkamy się jeszcze? Kto wie. Mieszkamy piętro wyżej więc jakby co to zapraszam. - odpowiedział, po czym poklepał mnie dłonią po ramieniu i z uśmiechem odszedł.
Pomachałam mu tylko i od razu weszłam do środka. Dobra, to było zdecydowanie dziwne przeżycie. Ja i One Direction w jednym budynku? To nie jest chyba dobry pomysł. Muszę opowiedzieć to wszystko Amy. Chyba mi nie uwierzy... No jak ma mi uwierzyć jak ja sama sobie nie wierzę? Zwariowałam. Tak, zdecydowanie zwariowałam.
* * *
No to jest pierwszy.
Co sądzicie?
Napiszcie komentarz. To motywuje do dalszej pracy.
Co sądzicie?
Napiszcie komentarz. To motywuje do dalszej pracy.
Historia bardzo tajemnicza, wciągająca, zaciekawiająca i jeszcze raz tajemnicza - to coś, co uwielbiam! Kiedy nn? Nie mogę się doczekać ;D
OdpowiedzUsuńZapraszam do siebie:
http://whenever-you-kiss-him-im-breaking.blogspot.com/
Bardzo ciekawe i tajemnicze z chęcią będę czytać czekam na kolejną część :D
OdpowiedzUsuńSuper blog, ciekawy i zachęca by czytać dalej. Nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału. Pozdrawiam :D
OdpowiedzUsuń